Inflacja i stopy procentowe. Czyli jak działania wielkiej finansjery tego świata wpływają na życie przeciętnego Kowalskiego

money, currency, euro-5098144.jpg

     Ostatnio bardzo modnym tematem stał się problem rosnącej inflacji. Stała się ona nie tylko tematem rozmów zwykłych Polaków na zasadzie „teraz sąsiedzie to wszystko drożeje!”, ale również przedmiotem rozmaitych publikacji i analiz ekspertów. Wzrost inflacji staje się zauważalny i coraz mocniej przebija się do różnego rodzaju mediów. Mówią o tym wszyscy. W dzisiejszym wpisie postaram się bliżej przyjrzeć samej inflacji oraz związanym poniekąd z inflacją tematem stóp procentowych. Oba te wskaźniki w znaczący sposób wpływają pośrednio i bezpośrednio na życie przeciętnego Kowalskiego, nawet jeśli nie do końca zdaje on sobie z tego sprawę. Temat jest bardzo rozbudowany, dlatego od razu uprzedzam, że na pewno nie zostanie dogłębnie przeze mnie zbadany i opisany. Nie jest to jednak blog dla ekonomistów, a zwyczajnych ludzi nie związanych z rynkami kapitałowymi na co dzień.

Czym jest inflacja?

     Nie wchodząc za głęboko w nudny obszar teoretyczny z szeregu definicji jakie możemy znaleźć najpopularniejsze dotyczące inflacji określają ją jako:

  • Wzrost cen dóbr i usług w czasie.
  • Spadek wartości pieniądza w czasie.

     Tak naprawdę oznaczają one to samo. No bo skoro rośnie cena dóbr i usług to w dłuższej perspektywie za tę samą ilość pieniądza możemy nabyć coraz mniej. Patrząc więc na to z drugiej strony w tym okresie spada realna wartość nabywcza naszych pieniędzy. Choć jest to moje osobiste zdanie to uważam, że lepiej inflację określa jednak druga definicja. Wzrost cen kojarzy nam się po prostu lepiej. Uważa się, że w krajach rozwiniętych (na tzw. Zachodzie) wszystko jest droższe niż u nas, ale przecież wiemy, że ludzie jednocześnie są tam bogatsi i ta „drożyzna” im tak nie doskwiera. Każdy Polak słyszał jakie horrendalne ceny osiąga chociażby alkohol w krajach skandynawskich, ale ten sam Polak wie, że poziom życia mimo to jest w tych krajach wyższy. Co innego jeśli słyszymy, że spada wartość pieniądza. Tutaj można mieć jedynie negatywne skojarzenia. Od razu przed oczami mamy ludzi w Zimbabwe wiozących swoje wypłaty na taczkach, którzy mimo takiej fury pieniędzy nic za to nie mogą kupić. Tak czy owak obie te definicje prowadzą do tego samego, choć dziwnym trafem rządzący wolą raczej wspominać inflację jako wzrost cen, aniżeli spadek wartości waluty 😊 Moim zdaniem całkiem fajnie o inflacji powiedział znany ekonomista Milton Friedman: „Inflacja jest tą formą podatku, którą można nałożyć bez ustawy”. Do stwierdzenia tego wrócę jeszcze w dalszej części wpisu.

    Już kiedyś pokazywałem Wam ten wykres. Możemy na nim zobaczyć jak zmieniała się w czasie siła nabywcza poszczególnych walut zestawiona z ceną złota. Jak widać wszystkie waluty bez wyjątku w długim terminie dążą do zera osuwając się coraz niżej. To właśnie ten niewidzialny podatek zwany inflacją powoduje, że w perspektywie lat i dekad trzymanie gotówki w materacu mija się z celem. Możemy być bardziej niż pewni, że kiedy w końcu po nią sięgniemy będzie ona mniej warta niż na początku. Spróbujmy sobie przypomnieć ile mogliśmy wsadzić do przysłowiowego koszyka zakupowego jeszcze 10 lat temu mając 100 PLN w portfelu, a ile możemy wsadzić dzisiaj…

Czy na pewno inflacja jest zawsze zła? Różne podejścia do tematu

    Można powiedzieć, że od lat ścierają się tutaj dwie szkoły. Z jednej strony mamy szkołę John’a Maynard’a Keynes’a. Ten amerykański ekonomista uważał, że rynek nie zawsze potrafi się wyregulować sam i konieczny jest interwencjonizm państwowy, aby temu zaradzić. Nawoływał on do zwiększania wydatków publicznych (zazwyczaj na kredyt) celem stałego ożywienia gospodarczego. Jest to szkoła oparta na łatwym pieniądzu, tanim kredycie i stałym dodruku walut, co wiąże się oczywiście ze stałym, dodatnim poziomem inflacji. W idealnym świecie Keynes’a inflacja jest na kontrolowalnym, stałym poziomie kilku procent, co powoduje stały wzrost gospodarczy przewyższający ten poziom. Ogólnie rzecz ujmując inflacja jest tutaj pojmowana jako coś dobrego, wręcz niezbędnego do stałego wzrostu gospodarczego.

    Po przeciwnej stronie mamy szkołę monetarystów, której twarzą jest Milton Friedman. Według niego jeśli Państwo będzie sztucznie kreować popyt i zwiększać ilość pieniądza ponad miarę to spowoduje w ten sposób zwiększenie konsumpcji, która jedynie chwilowo poprawi dochody przedsiębiorstw i poprawi standard życia zwykłych ludzi. W dłuższej perspektywie spowoduje to nadmiarowy wzrost inflacji i załamanie się systemu.

    Obie szkoły mają swoich zwolenników i przeciwników i absolutnie nie zamierzam stawać tutaj po jakiejkolwiek stronie.  Obecnie większość gospodarek światowych działa w oparciu raczej o teorie Keynes’a niż Friedman’a. Życie na kredyt, konsumpcjonizm, sztucznie kreowany popyt, dodruk pieniądza bez pokrycia, interwencjonizm państwowy czy rozdmuchany system pomocy socjalnej to tylko niektóre przykłady świadczące o tym jak bardzo daleko obecny świat funkcjonuje od teorii szkoły monetarystów. Nieodłącznym skutkiem takiego podejścia jest oczywiście pojęcie inflacji.

Należy pamiętać przy tym wszystkim, że niewielki, kontrolowany poziom inflacji może mieć korzystny wpływ na gospodarkę i na wzrost produktywności. Wiedząc, że w czasie pieniądze tracą na wartości ludzie z natury będą poszukiwać sposobów na powiększenie kapitału. O ile inflacja jest na niskim poziomie, a wzrost gospodarczy przewyższa jej wartość wszystko powinno być w porządku. Jeśli Wasze pensje rosną szybciej od cen to na logikę nikt o to nie będzie mieć pretensji. W czasie deflacji za to, o ile korzystny jest dla przeciętnego człowieka spadek cen, to postawcie się w roli pracodawcy, który musi obniżać koszty, aby nadal prowadzić rentowny biznes. Zapewne nikt nie byłby szczęśliwy, gdyby w takim momencie zaproponowano mu obniżkę pensji, no bo przecież panuje deflacja…

Nie do końca wolny rynek…

    Za moich szkolnych czasów pamiętam, że uczono nas o przewadze demokracji nad innymi typami ustrojów oraz przewadze liberalizmu gospodarczego (tzw. Wolnego rynku) nad innymi doktrynami ekonomicznymi. Władza ludu oraz zasady wolności gospodarczej prowadzić nas miały ku lepszemu światu. Teraz kiedy mam już trochę więcej lat na karku widzę jak bardzo utopijne były to wizje. Szczególnie w przypadku pełnego liberalizmu gospodarczego okazało się, że coraz bliżej nam do interwencjonizmu państwowego. Politycy na siłę starają się nam ulepszyć nasze życie ingerując w sposób w jaki mamy je prowadzić. W uzgodnieniu z nimi banki centralne poszczególnych państw tak kreują politykę monetarną, że ciężko tutaj mówić o całkowicie wolnym rynku.

     Banki centralne poszczególnych krajów (w tym nasz Narodowy Bank Polski) określają tzw. Cele inflacyjne na najbliższe lata. Jak możecie się domyślić cele te nie są na poziomie „0” i przyjmują mniejsze lub większe wartości dodatnie. Dla przykładu cel naszego NBP to 2,5%. Ten sam cel określony przez Europejski Bank Centralny to poziom 2%, tak samo jak w przypadku amerykańskiego FED. Skoro jest to cel tych banków to w razie gdyby inflacja była zbyt wysoka powinny one stosować takie narzędzia polityki monetarnej, aby inflacje zmniejszać. Nie inaczej powinny postępować w przypadku zbyt niskiej inflacji lub deflacji (czyli spadku cen – ujemnej inflacji). Wtedy również nasze kochane banki zadbają, aby nasze pieniądze dalej traciły na wartości w określonym tempie 😊 Widzimy więc, że już samo założenie takiego celu nie pozostawia złudzeń w zamiłowaniu bankierów centralnych naukami Pana Keynes’a… A jakimi to narzędziami dysponują? Zakres możliwości podjętych działań jest bardzo szeroki. W przypadku zbyt niskiej inflacji było to doprowadzenie do niższego oprocentowania kredytów (poprzez obniżanie stóp procentowych), co miałoby przełożyć się na większą dostępność tychże kredytów oraz pożyczek dla ludzi i firm. W skrajnych przypadkach zawsze można wręczać ludziom żywą gotówkę, jak zrobiono chociażby w USA, gdzie każdy Amerykanin otrzymał w poprzednim roku czek na okrągłą sumkę celem rozruszania gospodarki po covidowym kryzysie. Więcej pieniądza to mniej warty pieniądz, a więc wyższa inflacja. W odwrotnej sytuacji, a więc zbyt wysokiej inflacji, banki centralne dążyć będą przede wszystkim do ograniczania akcji kredytowych (poprzez podwyżki stóp procentowych co wpłynie na wyższe koszty kredytu). Narzędzi jest oczywiście więcej, a do samych stóp procentowych wrócę jeszcze w drugiej części wpisu.

Czy zawsze więcej pieniądza w gospodarce to wyższa inflacja?

     Skoro wiemy już co to jest inflacja i jakie podejście mają do niej banki centralne przyjrzyjmy się bliżej co tak naprawdę wpływa na jej poziom. Co powoduje, że ceny rosną, a co, że maleją? Najłatwiej będzie to zrozumieć na podstawie ilustracji z bloga Marcina Iwucia. Autor w bardzo prosty sposób na jednym rysunku pokazał co wpływa na poziom cen:

    Poziom cen jest to nic innego jak ułamek, gdzie w liczniku mamy ilość pieniądza w gospodarce (gotówka, kredyty oraz pieniądze wykreowane przez bank centralny), a w mianowniku wszystkie towary, usługi i inne aktywa.

     W takim wypadku na wzrost inflacji będzie miało wpływ albo zwiększenie dostępnej ilości pieniądza przy takiej samej ilości aktywów, lub zmniejszenie się podaży aktywów przy takiej samej ilości pieniądza. Sytuacja pierwsza ma miejsce, kiedy za mocno rozdmuchana zostaje akcja kredytowa banków, pieniądze są łatwo dostępne, gotówka wręcz leży na ulicy, podczas gdy ilość dostępnych aktywów dochodzi do podażowej ściany. Druga sytuacja może mieć miejsce w przypadku ograniczenia w dostępie do aktywów np. brak żywności spowodowany suszą lub ograniczone wydobycia ropy naftowej spowodowane przez decyzję organizacji OPEC. Spadek poziomu cen (inflacji) będzie sytuacją odwrotną.

      Na logikę więc sztuczny dodruk pieniądza, który ma w ostatnich latach miejsce i przybiera coraz bardziej na sile powinien w krótkim czasie doprowadzić do ogromnego wzrostu inflacji. Stopy procentowe praktycznie na całym rozwiniętym świecie szorują po dnie (w Polsce poziom stopy referencyjnej to 0,1%) lub są nawet na ujemnych poziomach (Holandia, Niemcy), a więc kredyty i pożyczki są ekstremalnie tanie. Pomoc socjalna w postaci wszelkich dodatków, jak chociażby 500+ powoduje, że zwykli obywatele w portfelach mają więcej żywej gotówki. Pieniądz dawno już nie był tak łatwo dostępny i jest go w realnej gospodarce coraz więcej. Rządzący i banki centralne tłumaczą to wszystko chęcią rozbujania gospodarki po covidowym kryzysie, kiedy to sporo jej gałęzi było wyłączonych z obiegu. Wszystko to powinno niechybnie prowadzić nas do galopujących poziomów wzrostu cen w przyszłości. Czy jednak musi tak być? Jeszcze jeden czynnik decyduje tak naprawdę o stopniowym wzroście inflacji i jest to szybkość cyrkulacji waluty w realnej gospodarce. No bo co z tego, że banki rozdadzą pieniądze obywatelom skoro Ci zamiast wydawać je na dobra czy usługi schowają wszystko do przysłowiowej skarpety? Taka sytuacja nie powinna powodować wzrostu inflacji. Trzeba więc jeszcze obywatelom obrzydzić trzymanie pieniędzy. Dopiero ich coraz szybsza cyrkulacja, przekazywanie w gospodarce napędza wzrost inflacji.

     Ostatnie odczyty inflacji w naszym kraju (4.8% za maj) nie napawają optymizmem i sugerują, że powyższy scenariusz taniejącego pieniądza realizuje się na naszych oczach. W ostatnich miesiącach nawet w USA kolejne odczyty CPI osiągają dawno tam nie widziane poziomy. Nie zawsze jednak więcej pieniędzy w liczniku musi powodować wzrost poziomu cen. Pamiętajmy, że licznik stanowią w głównej mierze kredyty, więc w przypadku kiedy firma/osoba swój kredyt spłaca, a kolejny nie jest udzielany to ilość pieniądza w gospodarce się zmniejsza. Nie inaczej jest w sytuacji kiedy firmy bankrutują i nie spłacają swoich zobowiązań. W takim wypadku również powoduje to „wyparowanie” części pieniędzy z gospodarki. No dobrze, ale co z tym dodrukiem?

     Każdy się zapewne domyśla, że NBP czy inny bank centralny nie ma wielkiej maszyny drukarskiej, która pracuje na pełnych obrotach, a wydrukowane banknoty rozrzuca gdzieś po miastach. W dzisiejszych czasach pieniądz ma postać głównie elektroniczną. Samo udzielanie kredytów to w pewnym sensie „drukowanie” pieniędzy. Nikt chyba nie wierzy już, że banki pożyczają swoim klientom tylko pieniądze, które fizycznie posiadają, oddane im wcześniej w formach depozytów. Działanie banków opiera się o system rezerw, które muszą posiadać dla udzielonych kredytów i pożyczek. Jest to jedynie mały ułamek pożyczanej firmom czy osobom fizycznym kwoty. I tym oto magicznym sposobem każda przyniesiona do banku złotówka mnoży się kilku lub nawet kilkunastokrotnie w postaci udzielonych kredytów i pożyczek. Pożyczone pieniądze są zazwyczaj oddawane i znów z tego tytułu bank może udzielić kolejnych kredytów, znowu opierając się na systemie rezerwy cząstkowej. Perpetum mobile 😊

      Ale magiczne mnożenie pieniądza jest od dłuższego czasu domeną również banków centralnych na całym świecie. Jest to świetne narzędzie w rękach rządzących służące im w spełnianiu swoich drogich pomysłów i marzeń. Jak wiemy (mam nadzieję, że tak jest) rządy nie mają swoich własnych pieniędzy. Muszą zebrać je wcześniej od nas. Niestety ich pomysły zazwyczaj przewyższają możliwości, które dają im zebrane w postaci podatków należności. Przecież programy typu 500+, samochody elektryczne, miliony socjalnych mieszkań nie spłacą się same. Głosy ludzi trzeba „kupić”. Państwo emituje więc obligacje skarbowe obiecując przyszłą ich spłatę wraz z odsetkami. Jest to swego rodzaju kredyt, dług, który kiedyś trzeba będzie oddać. No ale przecież mogłoby się zdarzyć, że popyt na takie obligacje byłby niewystarczający, a pieniędzy potrzeba tu i teraz? I Tutaj pojawia się NBP, jak rycerz na białym koniu i wyciąga pomocną dłoń. Nie robi tego jednak bezpośrednio, gdyż zgodnie z naszą konstytucją NBP nie może skupować obligacji skarbowych bezpośrednio od Skarbu Państwa. Ale na to też jest metoda. Po to powstały wszystkie te PFR czy BGK, aby problem ten rozwiązać. Instytucje te (powołane oczywiście przez rząd) ogłaszają przetargi na obligacje, które skupowane są przez banki komercyjne. Następnie NBP odkupuje od banków komercyjnych te obligacje na rynku wtórnym. I tak właśnie obchodzony jest przepis konstytucji. Jak się można domyślić NBP jako kupiec ma niegraniczony budżet więc cała zabawa może jeszcze trwać i trwać… Tak bawią się właściwie wszystkie banki centralne na całym globie od EBC, poprzez Japonię, Wielką Brytanię czy Stany Zjednoczone. W USA tamtejszy bank centralny, czyli FED, poszedł o krok dalej i kupuje dług nie tylko od Skarbu Państwa, ale również od wielkich koncernów nabywając obligacje korporacyjne. Nasz NBP na taki pomysł jeszcze nie wpadł, ale kto wie…

     Czy taki nieograniczony dodruk musi wywołać efekt wyższej inflacji? Z jednej strony dzieje się to na naszych oczach. Kolejne odczyty inflacyjne są coraz wyższe, co sugerowałoby autentyczność tej tezy. Pieniądza jest coraz więcej, nie ma on pokrycia w realnej gospodarce więc jest coraz tańszy, traci na wartości. Wszystko wokół drożeje. Z drugiej jednak strony sytuacja ta może mieć charakter przejściowy wywołany długim okresem zamknięcia gospodarek przez Covid-19. Teraz po ich stopniowym odmrażaniu uaktywnia się uśpiony wcześniej popyt i zwiększona konsumpcja winduje ceny coraz wyżej. NBP słowami swojego prezesa zapewnia nas o tym drugim scenariuszu. Trudno jednak oczekiwać, żeby mówił on inaczej. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której prezes NBP wychodzi i stwierdza, że inflacja będzie się rozpędzać więc łapcie się za kieszenie, bo to dopiero początek. Znamienne, że część (mniejszość) członków Rady Polityki Pieniężnej zauważa problem rosnącej inflacji i dostrzega, że sytuacja ta może nie mieć charakteru przejściowego…

Przykłady hiperinflacji…

    Sytuacja z rosnącą inflacją i pustym pieniądzem nie jest problemem nowym. Już w starożytnym Rzymie istniał problem stopniowego wzrostu cen. Była to jedna z przyczyn upadku wielkiego Cesarstwa w V wieku n.e. W tamtych czasach bito złote i srebrne monety. „Dodruk” polegał na biciu monet z coraz mniejszą zawartością cennego kruszcu. Początkowo monety były praktycznie tylko srebrne/złote. Pod koniec każda z nich zawierała już tylko 5% szlachetnego metalu. Trudno tu jednak mówić o procesie szybkim i gwałtownym. Wszystko to działo się na przestrzeni kilku wieków…

    Po drugiej wojnie światowej problem hiperinflacji dotknął między innymi Węgrów. Jeszcze w roku 1944 największym nominałem był banknot 1000 pengő. Do zakończenia 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 roku najwyższy nominał wynosił 100 trylionów pengő. Inflacja wyniosła 41 900 000 000 000 000 (41,9 biliarda) % w skali miesiąca. Ceny podwajały się w ciągu 15 godzin. Dopiero zastąpienie waluty forintem zatrzymało proces galopujących cen.

    Z aktualnych problemów inflacyjnych na świecie możemy podać przykłady Zimbabwe oraz Wenezueli. Ale stosunkowo niedawno, bo jedynie 30 lat temu, problem gwałtownego spadku wartości pieniądza dotknął także nasz kraj. Po załamaniu się gospodarki PRL-u władze poprzez NBP zaczęły drukować pusty pieniądz, aby sprostać wydatkom budżetowym. W dosyć krótkim czasie spowodowało to wzrost cen sięgający 50% w skali roku. Dopiero późniejsze działania Balcerowicza i denominacja złotówki zatrzymały ten proces. Niestety duża część społeczeństwa straciła oszczędności swojego życia.

    Przykłady hiperinflacji można jeszcze mnożyć – była Jugosławia, Argentyna, Niemcy (Republika Weimarska) po I wojnie światowej… Wszystkie jednak związane były z nadmiernym deficytem budżetu państwa i dodrukiem pustego pieniądza celem finansowania bieżących potrzeb rządzących. Sytuacja bliźniaczo podobna do obecnej. Chciałbym wierzyć, że tym razem będzie inaczej…

Mierniki inflacji – żywność co prawda drożeje, ale lokomotywy tanieją…

    Aby stwierdzić czy inflacja rośnie czy maleje potrzebne są mierniki. To nic innego jak swego rodzaju koszyk rozmaitych produktów i usług. Na podstawie ich cen oraz wagi w koszyku określa się zmiany cen całego koszyka na przestrzeni miesięcy i lat. Koszyk ten określany jest przez GUS na podstawie badań swoich obywateli. Teoretycznie więc koszyk zaprezentowany przez Główny Urząd Statystyczny jest koszykiem statystycznego Polaka. Jak wiemy jednak statystyka to taka nauka, gdzie pies i jego pan mają średnio po 3 nogi. Koszyk taki, teoretycznie więc dla każdego, będzie dla nikogo. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne potrzeby. Jeden wydaje na jedzenie 10% swoich dochodów, inny 30%. Jeden kupuje ryż dziki, kawior i łososia atlantyckiego, a drugi pasztetową i chleb. Jedna rodzina wyjeżdża na wakacje dwa razy do roku na Malediwy, a inna raz pod namiot na Mazury. Koszyk każdego z nas będzie inny i warto mieć to na uwadze zanim skrytykuje się metodologię tworzenia indeksu cen.

    Koszyk opracowany przez GUS ulega też zmianom. Raz do roku urzędnicy sprawdzają i dokonują ewentualnych modyfikacji. Wiele osób twierdzi, że sama budowa tego koszyka umożliwia szereg manipulacji. No bo łatwo wyobrazić sobie sytuację, że obserwując drożejącą wołowinę może ona wypaść z koszyka na rzecz taniejącego drobiu. Zresztą sytuacja taka miała miejsce w USA. W ten sposób teoretycznie można obniżać wskaźniki inflacji, aby nie denerwować nadmiernie społeczeństwa. Koszyk ten to nic innego jak statystyka, gdzie zastąpienie produktu drożejącego taniejącym wpływa na finalne wskazania miernika. Cały proces tworzenia koszyka inflacyjnego możecie znaleźć tutaj. Warto przed krytyką zapoznać się z tym opracowaniem.  

    Najpopularniejszą miarą inflacji w Polsce jest wskaźnik cen konsumpcyjnych (ang. CPI – Consumer Price Index). W innych krajach może to wyglądać inaczej. Skupię się jednak na naszym podwórku. Innym miernikiem stosowanym przez NBP jest wskaźnik inflacji bazowej (ang. core inflation). Jest „rdzeniem”, jest tym głównym komponentem wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych, który nie ulega szokom (dużym zmianom). Jest wykorzystywany w polityce pieniężnej do analizy i oceny trendów zmian poziomu cen. NBP wyrzuca nijako z koszyka ceny produktów najbardziej zmiennych, np. tych których cena zmienia się sezonowo – energia, żywność, oraz ceny tych produktów i usług, których cena nie jest kształtowana przez rynek, a ustalana na poziomie urzędniczym – np. ceny administracyjne.

     Oto jak prezentowały się odczyty wskaźnika CPI przez ostatnie lata

https://stat.gov.pl/wykres/1.html#

    Jak wynika z opracowania najlepiej w badanych okresach pro-inflacyjnych radziły sobie surowce (energetyczne, przemysłowe, rolne) oraz metale szlachetne. Przed inflacją do końca nie chronią ani akcje, ani obligacje indeksowane inflacją. W przypadku akcji związane jest to z efektem bardzo szybko rosnących kosztów dla firm, które zazwyczaj nie są w stanie w tak szybkim tempie rekompensować tego w cenach swoich produktów. W przypadku obligacji nawet te indeksowane inflacją mogą nam dostatecznie nie pomóc, szczególnie jeśli inflacja będzie bardzo wysoka. Wydawałoby się, że obligacje takie powinny być idealnym narzędziem na takie czasy, jednak są one skuteczne tylko do pewnego momentu. Ze względu na koszt w postaci podatku od zysków kapitałowych stracić możemy na tyle dużo, że nie pokryje to kosztu taniejącego pieniądza. Dla przykładu obecne obligacje EDO – 10 letnie – płacą od drugiego roku inwestycji 1% + inflacja. W przypadku inwestycji 10.000 PLN od drugiego roku (załóżmy inflację na poziomie 5%) odsetki netto, już po potrąceniu podatku wyniosą 486 PLN (10.000 PLN + 6% z 10.000 – 19% od zysków kapitałowych = 486 PLN). Ile więc zarobiliśmy na tego rodzaju inwestycji ? 4,86% netto od 10.000 PLN. A przecież inflacja wynosiła 5%, tak więc nie ochroniliśmy całkowicie naszego kapitału przed utratą wartości.

    Oczywiście powyższa tabelka nie oznacza, że niczego innego nie robię tylko kupuję za zaoszczędzone pieniądze baryłki ropy, buszle pszenicy oraz sztabki złota i srebra. Moim zdaniem wysoka inflacja jest bardzo realnym scenariuszem, ale tylko jednym z wielu. Dodruk pieniądza na taką skalę jak obecnie trwa już drugą dekadę i praktycznie od początku różnego rodzaju eksperci wieszczą krach tego systemu. Jak dotąd nie miało to miejsca choć nie jest to wykluczone w przyszłości. Warto, aby nasz portfel przygotowany był na różne scenariusze, dlatego też jestem raczej zwolennikiem bardziej zdywersyfikowanego portfela, gdzie znajdą miejsce zarówno aktywa radzące sobie lepiej podczas inflacji, jak i te dające wyższe stopy zwrotu podczas inflacji niskiej czy wręcz deflacji.

Nieodłączny kompan inflacji – stopy procentowe

   Najbardziej znanym narzędziem używanym przez banki centralne w celu wpływania na politykę monetarną są stopy procentowe. Na potrzeby tego wpisu nie będę dokładniej opisywał wszystkich rodzajów stóp procentowych, gdyż nie ma to najmniejszego sensu. Bliżej przyjrzymy się jedynie tym stopom, które najbardziej wpływają na życie przeciętnego Kowalskiego – stopom referencyjnym. To od wysokości tej stopy tak naprawdę zależy wysokość rat kredytów, które spłacamy (tych, które są oparte o mechanizm zmiennego oprocentowania – w praktyce prawie wszystkich). Zależność jest prosta – im wyższe stopy procentowe tym pieniądz jest droższy, tym droższy jest kredyt. Im stopy niższe tym pieniądz pożyczony będzie tańszy, a więc sam kredyt również będzie tańszy. Same stopy procentowe można więc zdefiniować jako cenę pieniądza, jaką należy zapłacić za jego pożyczenie. Dotyczy to nie tylko sytuacji pożyczania pieniędzy pomiędzy instytucjami finansowymi, a osobami fizycznymi, ale również pomiędzy samym instytucjami – np. pomiędzy bankami.

   Wysokość stóp wprost wpływa na wysokość rat odsetkowych jakie płacimy przy braniu chociażby kredytu hipotecznego. Zwykły Kowalski na pewno się ucieszy słysząc informację, że stopy procentowe zostają obniżone. Spowoduje to zmniejszenie jego comiesięcznego obciążenia. Większość kredytów oparta jest o mechanizm zmiennego oprocentowania zależnego od marży banku oraz stawki WBIOR z ostatnich 3-6 miesięcy. WIBOR natomiast to nic innego jak stopa procentowa po jakiej banki pożyczają sobie pieniądze.

   Niestety każdy kij ma dwa końce. Ten sam Kowalski nie będzie już tak szczęśliwy jeśli zobaczy, że oprocentowanie lokat i rachunków oszczędnościowych znacząco się obniży przez ten sam spadek stóp procentowych. W erze niskich stóp znalezienie atrakcyjnego oprocentowania produktów oszczędnościowych graniczy z cudem, a obecnie podstawowe oprocentowanie rachunków wynosi od 0,01% do 0,1%. Rzadkością są w dzisiejszych czasach wyższe pułapy.

    Obecnie stopa referencyjna w naszym kraju wynosi 0,1%. W poprzednim roku, głównie przez skutki pandemii, bank centralny postanowił aż trzy razy obniżyć poziom stóp najpierw z 1,5% do 1,0% w marcu, następnie do 0,5% w kwietniu oraz do obecnego poziomu w maju. Poniżej tabela przedstawiająca wysokość stóp procentowych w krajach G20:

   We wszystkich rozwiniętych krajach świata stopy praktycznie szorują po dnie. Jak widać są nawet kraje, które mają stopy procentowe ujemne co oznacza, że ten, który pożycza po skończonej pożyczce oddaje mniej niż pożyczył. Rozumiecie ten absurd? O ile w przypadku Szwajcarii ma to jeszcze pewne uzasadnienie, gdyż kraj ten stara się celowo chociaż trochę osłabiać swoją walutę. O tyle w przypadku krajów innych jak Dania czy Japonia jest to swego rodzaju okradanie obywateli z oszczędności i pchanie ich w kierunku szukania ujścia dla wolnej gotówki. Zresztą przy każdej dodatniej inflacji nawet w przypadku stóp w okolicach 0 tak naprawdę tracimy pieniądze trzymając je na lokatach bankowych.

   Banki centralne, w tym nasz NBP, obniżki stóp tłumaczyły chęcią rozruszania gospodarki po covidowym kryzysie. Tak niskie stopy miały zachęcać ludzi do wydawania pieniędzy i inwestowania. Tani pieniądz w zamyślę rządzących miał zostać pobierany przez firmy i obywateli w postaci taniego kredytu i pompowany w realną gospodarkę celem rozbujania PKB. Dodatkowo im niższe stopy tym słabsza waluta danego kraju, co w przypadku Polski również ma znaczenie. Nasz bank centralny nie raz powtarzał, że z niechęcią patrzy na umacnianie się złotówki i był gotów nawet na interwencje na rynku walutowym, aby do takiej sytuacji nie dopuścić. Wszystko po to, aby wspierać eksport naszych produktów, które dla zagranicy przy słabej złotówce są relatywnie tańsze. Zresztą tłumaczenie banków centralnych w przypadku obniżania wysokości stóp procentowych jest zawsze podobne – chęć zapewnienia wyższego wzrostu gospodarczego poprzez zwiększenie popytu na rynku, czemu służyć ma tańszy pieniądz.

    Stopy procentowe podwyższać można z wielu powodów jednak najczęstszym jest ograniczenie wzrostu inflacji. Wyższe stopy mają w zamierzeniu ograniczyć wyprzedaż waluty i spadek jej cyrkulacji w realnej gospodarce. Pieniądz jest wtedy droższy (wyższe oprocentowanie kredytów), trudniejszy jest do niego dostęp co ogranicza konsumpcję oraz może przyciągać kapitał zagraniczny skuszony wyższym oprocentowaniem niż na innym rynku. Obecne poziomy inflacji, po braku reakcji ze strony NBP, sugerują, że bankierzy centralni nie widzą problemu w panującej drożyźnie. W poprzedniej tabelce możemy znaleźć przykłady krajów, gdzie stopy procentowe są na bardzo wysokich poziomach jak Argentyna czy Turcja. Tak wysoki poziom spowodowany jest bardzo wysoką inflacją – odpowiednio około 17% w Turcji oraz 46% w Argentynie. Mam nadzieję, że w naszym kraju nie doświadczymy takich poziomów. Niektórzy z Was zresztą mogą pamiętać okresy kiedy i u nas wskazania mierników inflacji były na wysokim poziomie – pokazuje to wykres poniżej miernika CPI w latach 2001-2021:

    Nie wspominając już o przełomie lat 80. I 90. Kiedy mieliśmy przypadek hiperinflacji u nas w kraju – CPI osiągało poziomy wzrostu ponad 1000% r/r! Poniżej dla lepszego zobrazowania zależności przedstawiam wykres ze strony NBP pokazujący zmieniające się w tym czasie poziomy stóp procentowych:

    Obszaru do dalszych obniżek właściwie nie ma (chociaż mogliśmy już usłyszeć od prezesa NBP o możliwości wprowadzenia ujemnych stóp jak zajdzie taka konieczność). Jest za to bardzo dużo zapasu do podwyższania stóp, a co za tym idzie oprocentowania kredytów. Należy o tym pamiętać mając na uwadze cykliczność rynku długu oraz wzrastającą inflację.

Świat zadłużony po uszy…

    Cały świat tonie w długach. Ich przyrost właściwie ma już charakter geometryczny. Na wstępie tabelka ze strony money.pl przedstawiająca zadłużenie wyrażone w MLD USD przypadające na poszczególne państwa:

    Prym wiedzie gospodarka USA, Japonii oraz Chin. Następne miejsca zajmują kolejno Wielka Brytania, Włochy, Francja oraz Niemcy. Są to dane z sierpnia 2020 więc mając na uwadze upływ czasu od tamtego momentu zadłużenie poszczególnych państw jest z pewnością jeszcze wyższe. Cały świat zadłużony jest na rekordowe prawie 80 bilionów dolarów! Wartość ta nie uwzględnia jednak chociażby zadłużenia obywateli czy firm, czyli zadłużenia prywatnego. Jeśli dodamy jeszcze te wartości to otrzymamy kosmiczną wartość 250 bilionów USD. Światowy dług tylko w ostatnich 20 latach uległ potrojeniu.

    Zadłużenie Polski (dług publiczny) dochodzi do wartości powyżej 360 MLD dolarów, a więc do ponad 1,2 biliona złotych.

    Podane wyżej wartości to jednak wartości bezwzględne, działające na wyobraźnię, ale bez przyrównania ich do jakiejkolwiek miary nic nam nie mówią. To tak jakby powiedzieć, że Kowalski ma dług sięgający miliona złotych. Dla przeciętnego obywatela naszego kraju jest to wartość ogromna, jednak dla owego Kowalskiego zarabiającego 1 MLN PLN miesięcznie może być to wartość śmiesznie mała. Dlatego też długi państwa przyrównuje się do ich PKB. W ten sposób, wyrażona w procentach wartość pokazuje skalę problemu i można ją porównywać pomiędzy różnymi krajami.

   Według danych BIS (Biuro Rozrachunków Międzynarodowych) cały świat zadłużony jest na ponad 277% swojego PKB! Oznacza to, że dług całego świata przewyższa prawie trzykrotnie jego możliwości wytwórcze. W tym wypadku dług ten oznacza skumulowaną wartość długu publicznego krajów, zadłużenie gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie sam dług publiczny to świat dobija do prawie 100% swojego PKB. Poniżej wykres z procentowym udziałem długu publicznego względem PKB w krajach europejskich:

    Rekordzistami jest Grecja zadłużona na ponad 200% swojego PKB oraz inne kraje tzw. Europy południowej – Włochy, Portugalia i Hiszpania (od 120-160% PKB). Polska na tle Unii Europejskiej (średnia około 85%) wypada całkiem nieźle ze swoim wynikiem zbliżonym do 60%. Jest to również bardzo blisko konstytucyjnej granicy jakiej teoretycznie nie możemy jako kraj przekroczyć. Piszę teoretycznie, bo kreatywna księgowość naszych polityków nie zna granic i już pojawiają się głosy o luzowaniu tego obostrzenia. Przerażające, że kraje takie jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, które nie są przecież gospdoraczymi potęgami świata mają tak wielkie długi. Co ciekawe, w związku z przynależnością do UE i strefy euro mogą zadłużać się w dalszym ciągu po zerowym praktycznie koszcie. Mam wrażenie, że nikt już nie patrzy na możliwości spłaty tych długów przez wyżej wymienione państwa…

    Powyższy rysunek przedstawia jedynie kraje europejskie. Jednak zadłużone są tak nie tylko kraje na naszym kontynencie. Rekordzistą jest Wenezuela – 350% PKB. Z krajów bardziej rozwiniętych: Japonia 266%, Kanada 118%, USA 108%. W tym wszystkim są i przykłady pozytywne. Np. Estonia ma zadłużenie jedynie 18% wartości PKB, Rosja około 15%, Luxemburg około 25%, a nasi południowi sąsiedzi Czesi około 40%. Dane znalezione na stronie tradingeconomics.com. Wszystkie te długi oparte są o tani pieniądz i niskie koszty oprocentowania związane z globalnym, niskim poziomem stóp procentowych. Wyobraźmy sobie jednak, że stopy te stopniowo będą podnoszone, a odsetki od długu zaczną rosnąć…

Scenariusze na wyjście z tej patowej sytuacji…

       Domyślamy się wszyscy, że zadłużać się bez końca nie można. To znaczy ja wiem, że bankierzy centralni oraz rządzący mają na ten temat inne zdanie. Jednak jak uczy historia (która się nie powtarza, ale rymuje) tym razem zapewne nie będzie inaczej i w ten czy inny sposób „problem” nadmiernego długu zostanie rozwiązany. W jaki sposób może się to wydarzyć zależy od wielu czynników. Ciekawe rozwiązania zasugerował Maciek Pielok w rozmowie z Marcinem Iwuciem. Całość rozmowy, którą gorąco polecam możecie znaleźć na blogu Marcina. Przyjrzyjmy się zatem trzem możliwym scenariuszom przyrównując sytuację globalnej gospodarki do sytuacji zadłużonego Kowalskiego.

  1. Deflacja, kryzys, bezrobocie, rozruchy… Powtórka z Wielkiego Kryzysu z lat 1929-1932

    Wyobraźmy sobie, że Kowalski ma ogromne długi. Wszystko jakoś się kręciło. Do tej pory jakoś wiązał koniec z końcem. Kolejne kredyty były coraz tańsze ze względu na spadające odsetki, więc nasz obywatel zadłużał się nadal wydając pieniądze nie tylko na inwestycje, ale także na swoje konsumpcyjne potrzeby i szereg głupot. Niestety wszystko do czasu. Kolejne kredyty powodowały coraz większe koszty ich spłaty, a naszemu Kowalskiego zaczęło brakować na podstawowe potrzeby. Jednocześnie wszystko wokół drożało, bo takich Kowalskich było więcej i więcej. Inflacja zaczęła się rozpędzać, w związku z czym stopy procentowe zostały podniesione i nasz kolega obudził się z ręką w nocniku. Nie było go już stać na kolejne raty do spłaty. Ogłosił więc bankructwo, sprzedał firmę, a jego pracownicy w większości stracili pracę. Rynek się oczyścił…

    Tak to mniej więcej by wyglądało. Oczywiście sporo upraszczając. Wielki kryzys spowodowany niemożnością spłaty długów, kolejne bankructwa nadmiernie zadłużonych, nierentownych firm, rosnące bezrobocie i rozruchy społeczne. Jest to jeden z możliwych scenariuszy. Po prostu jeśli kraj posiada nadmierne zadłużenie to jednym ze sposobów jego redukcji jest ograniczenie swoich wydatków. Skoro budżety się nie spinają i nie chcemy już finansować swoich działań przez dług i deficyt należy ciąć koszty. Zredukować administrację publiczną, ograniczyć inwestycje, zmniejszyć pomoc socjalną itd. Do tego, aby ograniczyć inflację i rosnące ceny podnieść znacząco należałoby stopy procentowe. Sami domyślacie się zapewne jakby wpłynęło to na nastroje obywateli. Władza wprowadzająca te zmiany raczej nie należałaby do ulubieńców społeczeństwa.

      Scenariusz, który miał już w historii nie raz i nie dwa miejsce. Teraz jednak wszystko mogłoby się odbyć na jeszcze większą skalę ze względu na wysokość zadłużenia poszczególnych krajów. Moim zdaniem taki scenariusz będzie odsuwany tak daleko i na tyle sposobów jak tylko się da. Władza jak i bankierzy ostatnie czego chcą to wyjście ludzi na ulicę. A w przypadku ogromnego kryzysu, który nastąpiłby w przypadku tego scenariusza protesty na szeroką skalę byłyby bardzo prawdopodobne.

  1. Dewaluacja długu i pożarcie oszczędności przez hiperinflację

     No to może drugi scenariusz. Nasz zadłużony Kowalski, który nigdy nie oszczędzał, cieszy się jak dziecko. Poprzez ciągły dodruk oraz taniejący pieniądz inflacja przybiera na sile. Początkowo postępująca drożyzna jest tylko zauważalna. Kolejne miesiące i lata działają jednak na zasadzie kuli śnieżne i inflacja przybierać zaczyna wartości dwu i trzycyfrowe. Wyobraźmy sobie teraz Kowalskiego zadłużonego na milion złotych. Wcześniej ledwo mu starczyło na comiesięczne spłaty i obsługę tak wielkiego zadłużenia. Teraz kiedy inflacja spowodowała, że jego zarobki nominalnie uległy zwielokrotnieniu, swój dług może ona spłacić jedną pensją. Taki też plan może kiełkować w głowach finansjery i władzy. Skoro mamy tak duże zadłużenie to może spowodujmy jego dewaluację. Nominalnie są to ogromne kwoty, ale już przy inflacji rzędu kilkunastu procent rocznie dług ten może nawet maleć! Kto na tym straci? Najwięcej klasa średnia mająca spore oszczędności. One również ulegną dewaluacji. Nagle może się okazać, że zaoszczędzone 300.000 PLN, za które oszczędny Nowak mógł kupić kawalerkę w fajnej okolicy, teraz po kilku latach rosnącej inflacji warte są co najwyżej tyle co nienowy już samochód klasy średniej. Tak wartość pieniądza pożera właśnie ten niewidzialny podatek.

  1. Gospodarka rozpędzająca się szybciej niż inflacja

    Mokre marzenie bankierów centralnych i władzy. Co robi nasz Kowalski zadłużony po uszy i ledwo spłacający kolejne miesięczne raty? Zaciąga nowy kredyt po tańszym koście i żyje dalej na deficycie. Czy można tak bez końca? Teoretycznie nie, bo oprocentowanie nie powinno być mniejsze od 0, a obecnie jest właściwie na tym poziomie. No ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby wprowadzać coraz niższe, ujemne oprocentowanie. Raj – spłacasz mniej niż pożyczałeś.

      Tak obecnie działa gospodarka na całym świecie. Dług spłacany jest kolejnym większym długiem. Kolejne obietnice rządowe spłacane są pożyczonymi pieniędzmi, które kiedyś trzeba będzie oddać. A z czego oddamy? Z kolejnej pożyczki – perpetuum mobile. Marzeniem bankierów jest jednak, aby wszystko to powodowało wyższy wzrost gospodarczy niż rosnący poziom inflacji. No bo co naszego Kowalskiego obchodzić będzie inflacją na poziomie 10-15% rocznie, jeśli jego zarobki będą nominalnie rosły jeszcze szybciej. Cena to tylko nominał. Jeśli siła nabywcza Kowalskiego będzie rosła szybciej niż rosną ceny wszystko będzie teoretycznie w porządku. Moim zdaniem ten scenariusz właśnie chciałyby realizować banki centralne całego świata. Czy jest on najbardziej prawdopodobny? Zależy od ich determinacji i wyobraźni.

Co nas wszystkich czeka?

     Niestety nie wie tego nikt. I to chyba jest z jednej strony piękne, a z drugiej straszne. Teoretycznie mając wolny rynek inflacja powinna dążyć do samoregulacji. Niestety jak pokazałem powyżej często jest inaczej. Wynika to głównie z regulacji wprowadzanych przez władze i banki centralne. Rynek już od dawna nie jest całkowicie wolny, a kolejne działania tylko ten problem potęgują.

     Czy czeka nas wielki kryzys i powolne wychodzenie na prostą jak w latach 30. Ubiegłego wieku? Czy może hiperinflacja tak wielka, że będziemy palić pieniędzmi w kominku? A może żadne z powyższych scenariuszy się nie sprawdzi? Przyszłość pokaże. Dodatkowo rozwiązanie wcale nie musi przyjść tak szybko i cała sytuacja może ciągnąć się latami. Bardzo wielu ekspertów po kryzysie w latach 2007-2009 wieszczyło upadek dolara spowodowany zwiększonym dodrukiem. Obecnie jesteśmy kilkanaście lat starsi i jak wiemy amerykańska waluta nie upadła i w dalszym ciągu stanowi główną walutę rezerwową świata. Moim zdaniem w naszych inwestycjach powinniśmy być przygotowani na wiele scenariuszy. Służy temu wspominana przeze mnie nie raz i nie dwa dywersyfikacja. Warto wiedzieć jak w różnych środowiskach zachowują się poszczególne aktywa i tak zbudować swój inwestycyjny portfel, aby na przestrzeni lat uzyskiwał on dodatnią stopę zwrotu przy jak najmniejszym maksymalnym obsunięciu kapitału.

      Pewni możemy być jednego – żyjemy i żyć będziemy w bardzo ciekawych czasach.

      Za tydzień znajdziecie tutaj bardzo króciutki wpis o poduszce finansowej, gdzie ostatnio dokonałem małych zmian.

Do zobaczenia!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona korzysta z ciasteczek. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close